„SREBRNY ŁAŃCUSZEK” – EDWARD ŁYSIAK

Szanowni Państwo,
Członkowie i Sympatycy
Ogólnopolskiego Oddziału
Kołomyjan „Pokucie”,

Od Członka naszego Koła, Edwarda Łysiaka, otrzymałem mail, którego treść niżej przytaczam. Kolega Edward Łysiak jest autorem Kresowej opowieści, cyklu składającego się z pięciu tomów. Niedawno, poza tym zakończonym cyklem, została wydana jego kolejna powieść pt. Srebrny łańcuszek. Bohaterem powieści jest mieszkaniec POKUCIA. Przychylam się do apelu naszego Kolegi i zachęcam do udziału w głosowaniu w plebiscycie, do którego ta powieść została nominowana.

Czasu jest niewiele, bo głosowanie kończy się 15 października i nie zdążą Państwo jej przeczytać, jednak znajomość dotychczasowej twórczości naszego Kolegi upoważnia mnie do stwierdzenia, że na Srebrny łańcuszek warto oddać głos.

Pozdrawiam / Best regards

Ryszard Saczyński

 Prezes Zarządu

 Ogólnopolskiego Oddziału

 KOŁOMYJAN „POKUCIE” we Wrocławiu

===

Koleżanki i Koledzy z OOK „Pokucie”

Chcę Was poinformować, że 27 września, nakładem wydawnictwa Novae Res, ukazała się moja powieść pt. Srebrny łańcuszek. Powieść, oparta jest na faktach zawartych we wspomnieniach wysłanych do konkursu ogłoszonego w 1971 roku przez Instytut Kanadyjsko-Polski w Toronto. Opowiada ona o wojennych i powojennych losach, mieszkańca Pokucia, który w grudniu 1939 roku, jako czternastoletni chłopiec przekroczył graniczny Czeremosz udając się do Rumunii. Jego dalsze losy, to pasmo niewiarygodnych wręcz zdarzeń. Przez Turcję dostaje się do Palestyny. Bierze udział w obronie Tobruku. Dezerteruje z polskiego wojska i wstępuje do Legii Cudzoziemskiej. Walczy w jej szeregach pod Al- Ghazala i El-Alamein. Dezerteruje z Legii i, jako najmłodszy żołnierz, wstępuje do armii gen. Andersa. Walczy pod Monte Cassino, gdzie zostaje ranny i traci słuch. Swoje powojenne życie układa w wymarzonej Kanadzie, która jednak nie przyjęła go z otwartymi ramionami.

Wydawnictwo Novae Res uznało, że Srebrny łańcuszek, to dobra powieść i nominowało ją do udziału w plebiscycie literackiego portalu www.granice.pl. Plebiscyt nosi nazwę „Najlepsza książka na jesień”, a Srebrny łańcuszek występuje w kategorii „Z historią w tle”. Ideą plebiscytu jest wskazanie najbardziej interesujących nowości wydawniczych ostatnich miesięcy.

Ten plebiscyt zbliża się do końca. Głosy można oddawać jeszcze do wtorku 15 października włącznie, za pośrednictwem https://www.ksiazkanajesien.pl/ .

Zachęcam Was do wzięcia udziału w głosowaniu i wsparcie mojej powieści. Jeśli nie zdążycie jej przeczytać, bo została wydana zaledwie dwa tygodnie temu, a głosowanie wkrótce się skończy, to zaufajcie wydawnictwu Novae Res, od którego otrzymała nominację.

Podczas głosowania należy mieć przy sobie telefon. Po zagłosowaniu otrzymuje się bezpłatny sms, z kodem pozwalającym potwierdzić oddany głos.

Dziękuję i serdecznie Was pozdrawiam

Edward Łysiak

 

Srebrny łańcuszek (fragment)

***

Przyszedł rozkaz, aby rozbity batalion Legii Cudzoziemskiej wycofać z linii frontu do miejscowości El Dabaa. Tam legio­niści mieli się przeorganizować i ponownie trafić na front.

– Wiej, Adasiu – szepnął mu na ucho Dziadek, gdy wyjechali z El Alamein. – Taka szansa może się już nie powtórzyć.

– Ale jak, Dziadku? Wszędzie pustynia. Zupełnie nie wiem, gdzie jesteśmy.

***

Kolumna wojskowych samochodów posuwała się wolno, a o dziesiątej wieczorem zjechała z drogi.

– Rozłóżcie koce na piasku – powiedział dowódca kom­panii. – Tutaj spędzimy noc, a rano ruszamy dalej.

Adam i Dziadek położyli się pod ciężarówką. Zmęczeni zasypiali, gdy obok nich zaparkował jakiś samochód.

– To doczka – powiedział Dziadek. – Poznaję po pracy silnika.

[Doczka – amerykański samochód wojskowy Dogde WC54]

Z samochodu wysiadł francuski major. Pas z rewolwerem powiesił na lusterku samochodu, rozłożył koc obok Adama i odwrócił się do nich tyłem. Po kilku minutach usłyszeli głośne chrapanie.

– Widzisz ten pistolet? – zapytał Dziadek. – Bierz go i uciekaj. I nie mów, że nie chcesz, że nie wiesz dokąd. Po prostu uciekaj. Uciekaj do swoich. Za to, co zrobiłeś, wsa­dzą cię do aresztu, ale to jest lepsze od tej wolności, jaką masz w Legii. I pamiętaj o jeszcze jednym. Gdyby złapały cię francuskie kanarki, to broń się na śmierć i życie. Za dezercję i kradzież pistoletu i tak dostałbyś od nich kulę w łeb.

***

Im dłużej Adam zastanawiał się nad słowami Dziadka, im dłużej analizował wszystkie „za” i „przeciw”, tym bardziej dochodził do wniosku, że jego najlepszy, a właściwie jedyny, przyjaciel ma rację.

Tej nocy była pełnia księżyca i chociaż byli w Egipcie, to nie panowały tam egipskie ciemności. Przyzwyczajony wzrok z łatwością wyłuskiwał z mroku sylwetki stojących samochodów i żołnierzy udających się za potrzebą. Niebo nie było jednak bezchmurne. Pojedyncze obłoki przesuwały się wolno, niemal majestatycznie, a jeden z nich zasłonił księżyc.

Adam wstał. Ściągnął pas majora, odczepił manierkę z winem, a z pochwy wyjął pistolet. Pas powiesił z powrotem na lusterku doczki, a pistolet wsunął do przedniej kieszeni swojego battledressu.

[Battle dress – nazwa munduru wojskowego Armii Brytyjskiej noszonego w latach 1930-1960]

Mocno, ale bez słowa pożegnania, uścisnął dłoń Dziadka i ruszył szosą powoli, jakby szedł na spacer. Mijał ciężarówki, jedna po drugiej, i coraz bardziej się bał. Bał się ciemności i samotności. Bał się dekonspiracji i tego, że pójdzie w niewłaściwym kierunku. Właśnie – pomyślał. – W którą stronę iść, żeby dojść do Aleksandrii?

– Jeśli El Alamein jest na zachodzie, a szosa biegnie wzdłuż wybrzeża, to cały czas muszę mieć morze z lewej strony – półgłosem analizował bieżącą sytuację. – Tylko jak daleko ta Aleksandria się znajduje? – Tego już Adam nie wiedział.

Gdy minął ostatnią ciężarówkę, usłyszał z tyłu jakiś głos. Odwrócił się i serce podeszło mu do gardła. Za nim stał kapral Lange.

– A ty to dokąd się wybierasz? – zapytał.

– Nie mogę usnąć. Muszę się trochę przejść.

– Ja mam to samo. – Prześladowca Adama kiwnął gło­wą. – Spacer dobrze nam zrobi.

Sprawy zaczęły przybierać niespodziewany i niepoko­jący obrót. Adam wiedział, że nie może odmówić. Jeśli jednak pójdą razem, to w pewnym momencie będą musieli zawrócić i jedyna okazja do wyrwania się z Legii, jak mówił Dziadek, przepadnie bezpowrotnie. Przyznanie się do próby ucieczki i liczenie na dyskrecję Langego, nie wchodziło w grę. Lange na pewno nie dochowa tajemnicy, a Adama czeka egzekucja. Skołowany chłopak postanowił zdać się na ślepy los.

– Oczywiście – odpowiedział. – Nie będzie mi się nudziło.

Szli w ciemności, krok za krokiem, prawie się do siebie nie odzywając. Uszli co najmniej dwie mile od stojącej kolumny samochodów, gdy nagle Lange się odezwał.

– Pora wracać. Jest noc i wszyscy śpią, ale kto wie. Może będą nas szukać?

– Chodźmy jeszcze kawałek. – Adam odwlekał czas osta­tecznej decyzji. – Zobaczymy, co jest tam dalej.

– Nie zobaczymy, skurwysynu jeden. – Kapral Lange wyjął z pochwy bagnet. – Myślisz, że nie wiem, co zamie­rzasz? Kiszki ci wypruję, a szakale zjedzą cię prędzej, niż ktoś cię znajdzie.

– Jesteś w błędzie, kapralu Lange. – Adam z trudem panował nad emocjami i strachem. – Ja ci nigdy nic złego nie zrobiłem. Dlaczego tak mnie nienawidzisz?

– Ja was wszystkich Polaków na wierzbie bym powie­sił. – Lange zrobił krok w stronę Adama.

Teraz albo nigdy – myśl, niczym błyskawica, przeleciała przez głowę chłopaka. – On albo ja. Adam odwrócił się nagle, odbiegł kilkanaście kroków i błyskawicznie wyjął pistolet.

Teraz już nie był niedoświadczonym czternastolatkiem, który nie potrafił zastrzelić ukraińskiego milicjanta z pisto­letu podarowanego przez nauczycielkę. Teraz miał trzy lata więcej i był zaprawionym w bojach żołnierzem. Z sobą miał obronę Tobruku, bitwę pod Al Ghazala i El Alamein, potycz­kę z Arabami w Bejrucie i wiele innych sytuacji, którym musiał stawić czoła. Był instruktorem dobrze znającym broń angielską i właśnie taką trzymał teraz w rękach.